Prawdziwe historie z życia

Szukam mężczyzny na całe życie

Od kilku lat przeżywam katusze psychiczne, bo brakuje mi stałego mężczyzny u boku, najlepiej młodego. Chciałabym mieć najpierw chłopaka, potem nasza relacja weszłaby na wyższy poziom i stałby się moim narzeczonym, a potem moim mężem. Może to być też związek kohabitacyjny, potocznie mówi się, że „na kocią łapę”. Chociaż to w ostateczności. .
Mam już 35 lat i zerowe doświadczenie związkowe. Frustruje mnie fakt, że w moim wieku ludzie są wiele lat po ślubie, mają duże dzieci a ja ciągle nie mogę trafić na swojego wybranka, na tego jedynego. Mimo, że naprawdę wielu już przejrzałam i sprawdziłam.
Wiem, że mam niebanalne atuty, bo jestem bardzo ładna. Od dziecka byłam nad wiek wyrośnięta i kręcili się wokół mnie różni faceci. Chcieli ze mną seksu, ale pozwalałam się tylko niektórym całować, dotykać od pasa w górę i pasowali. Gdy byłam małoletnia strasznie bałam się seksu. W końcu, gdy już pracowałam, w wieku 25 lat nastąpiło przełamanie i postanowiłam sprawdzić, jak to jest, że wszyscy tyle o tym mówią. Chciałam spróbować tego „zakazanego owocu”. Mój pierwszy raz to była to tzw. przygoda na jedną noc. I niespodzianka bo było wspaniale. Moim nauczycielem był szef z pracy, mężczyzna starszy ode mnie o 15 lat. Spodobałam mu się i chciał się spotykać dalej, w tajemnicy przed żoną i załogą. Niestety go nie kochałam i po kilku razach grzecznie mu odmówiłam.
Od tego czasu szukam mężczyzny do związku. Na ogół jest tak, że poznaje kogoś, najczęściej przez Internet, on jest zainteresowany i spotykamy się raz, drugi, trzeci. Jest fajnie, on wydaje się mnie naprawdę lubić, nawet nie ma jakiegoś nacisku na łóżko, zwykle słyszę, ze jeśli nie chcę, to możemy jeszcze poczekać, że nie to jest najważniejsze. No ale relacja rozwija się dalej. Zagaduje, codziennie się odzywa, jest miły, stara się, więc i ja jestem miła. Generalnie jestem osobą ciepłą, nie cierpię dram, kłótni, bo wychowałam się w domu, gdzie była emocjonalna rozpierducha. Gdy widzę, że facetowi na mnie zależy to zgadzam się na seks. Zwykle nie później niż na trzeciej randce, ale czasem zdarza się, że jak mnie zauroczy to nawet na pierwszej. Jestem nowoczesna i trendy, otwarta i bez zahamowań, lubię robić, próbować różnych rzeczy, żeby nie wychodzić na jakąś nudną, zacofaną wieśniarę. Wydaje się, że wszystko jest super, fajnie spędzamy czas, seks jest ekstra i czuję, że mi zaczyna zależeć. Co prawda jeszcze go nie kocham ale myślę, że z biegiem czasu to nastąpi. Ale nigdy nie naciskami, nie narzucam się, nic na siłę. No może wspomnę, że chciałabym mieć z nim dziecko, ładna z nas para, itp. I nagle, powiedzmy po jakimś miesiącu takiej dość intensywnej i bliskiej już znajomości, on nagle przestaje się odzywać. Milknie i znika. Z początku bywałam trochę zła i zdezorientowana ale w końcu godziłam się z tym, bo go przecież nie kochałam i nie było mi tak bardzo żal. W sumie, gdy to powtarzało mi się już n-ty raz, to zaczynałam się juz przyzwyczajać.
W końcu zmieniłam jednak teren i przestałam szukać mężczyzny w Internecie, bo to zawodne. Spotykasz się z kimś intensywnie i namiętnie a on okazuje się żonaty i dzieciaty. Mówi np. że ma żonę, jest niepełnosprawna i musi się nią opiekować, itp.
Zapisałam się na siłkę, żeby nie kupować kota w worku ale to z deszczu pod rynnę. Ćwiczę na przyrządzie a obok widzę prawie nagich, młodych mężczyzn, z pięknymi mięśniami, boskimi z wyglądu, którzy ogromnie mi się podobają. Zagadują, niby przypadkiem dotkną, żeby pomóc w ćwiczeniu ale ja nie wiem, czy widzą we mnie przyszłą żonę czy tylko przygodę. Sprawdziłam to raz czy drugi i od recepcjonistki usłyszałam „plotkę”, że grasuje tu nimfomanka zaczepiająca młodych mężczyzn.
Jestem smutna i sfrustrowana, pełna żalu do świata. Chciałabym stworzyć stały, udany związek, a ciągle jestem porzucana w momencie, gdy juz zaczynam się utwierdzać, ze jemu chyba faktycznie zależy. Czyli, ze coś robię nie tak. Tylko co?